|
niedziela, 23 listopada 2008
TAJ MAHAL - a jednak OCH i ACH!
Ostatni odcinek skończył się po południu w Jaipurze. Bohaterki historii podliczają wydatki dnia minionego i ku swemu przerażeniu stwierdzają, że większości z nich nie starczy rupiii na opłacenie drugiego noclegu w prywatnej kwaterze. Ach, to zakupowe zapomnienie! Konsternacja maluje się na twarzach wszystkich czterech turystek. Króka burza mózgów i jest plan! Ruszamy już zaraz do Agry (Taj! We're coming!), a noc spędzamy w samochodzie na przydrożnym parkingu. Jak pomyśleliśmy, tak też zrobiliśmy. Wstępujemy jeszcze do hinduskiego gospodarza, aby uregulować rachunek za pierwszy nocleg (pomijam wszelkie nieprzyjemne szczegóły tego spotkania, co by sobie, a może i Wam, krwi nie psuć). Kiedy zapada zmrok, a kierowca czuje pierwszą falę zmęczenia, postanawiamy się zatrzymać i przekimać kilka godzin w czterokołowcu. No cóż, samochód jest wynalazkiem, które służy człwoiekowi do przemieszczania się z punktu A do punktu B. I w tej materii sprawdza się świetnie. Natomiast jako baza noclegowa niestety już niekoniecznie... Ciut świt, na wpół przytomni, ruszamy w dalszą trasę. Już wkrótce na horyzoncie majaczą pierwsze zabudowania Agry. Nie ukrywam, że Agra jest miejscem wyjątkowo odrażającym. Jeden wielki chaos niekontrolowany. Bieda, bylejakość i prowizorka. Aż nie chce się wierzyć, że właśnie w takim otoczeniu znajduje się jeden z Siedmiu Cudów Świata - TAJ MAHAL! A może to właśnie dzięki tak obrzydliwemu kontekstowi jego piękno, na zasadzie kontrastu, zostaje kilkakrotnie spotęgowane. Natomiast to, co z kolei potęguje, ale mój gniew, to cena biletu wstępu- dla turystów 750 rupii! (Dla porównania Hindusi płacą rupii... uwaga... 20!) Jest to skandaliczne i jawnie rasistowskie ustalanie cen! Hindusi bezczelnie wykorzystuja fakt, że kiedy Białas w końcu się tutaj dotelepał, często spędzając kilkanaście godzin w smrodzie i niewygodzie, i od zobaczenia tego Prawdopodobnie-Najbardziej-Obfotografowanego-Miejsca-Świata dzieli go zaledwie kilkaset metrów, to gotów jest zapłacić niemal każdą, choćby najbardziej wygórowaną cenę! Ech! Cenę ponad trzydzieści siedem razy wyższą jedynie dlatego, że w paszporcie nie ma wpisanego obywatelstwa hinduskiego! No po prostu ręce, grzywki i biusty opadają! No nic, zagryzamy zęby i wykładamy tą szaloną sumę na blacik w kasie. Na naszej Przepustce do Raju czytamy, że w cenę wliczona jest woda mineralna i ochraniacze na buty - szaleństwo! No nic, mimo wszytko szczęśliwe przekraczamy próg bramki. Jeszcze tylko rewizja osobista i już jesteśmy tam - po drugiej stronie... Z każdym krokiem napięcie rośnie. Z każdym następnym metrem jesteśmy o te 100 cm bliżej tego Cudu Architektury. Nareszcie przekraczamy bramę i naszym oczom ukazuje się TAJ MAHAL. Przyznam się szczerze, że w duchu wiele sobie po wizycie tutaj nie obiecywałam. Nastawiałam się raczej, że będzie to kolejna przereklamowana "widokówka". A tymczasem nie... A jednak pozytywne rozczarowanie, a jednak cuda niewidy, a jednak "OCH i ACH!". Kiedy jesteś już na miejscu, dopiero wtedy dostrzegasz ogrom monumentalnej budowli. Moment zadumy, kontemplacji, powolnego uświadamiania sobie prawdziwości właśnie trwającej chwili. Jednak po tej Tłumny turystów wokół nas nieprzerwanie robi zdjęcia. Chyba nie ma momentu, żeby ktoś gdzieś na terenie całego kompleksu w danej chwili nie robił zdjęcia. Nie jesteśmy gorsi i zaraz w ruch idą aparaty. Szukamy najlepszych ujęć, ale niestety zachmurzone niebo nie pozwala nam wydobyć całego piękna. Zwidzający z daleka wyglądają jak procesje bajecznie kolorowych mrówek. W końcu i my dochodzimy do środka mauzoleum. I wiecie co? Z zewnątrz Taj wygląda imponująco, będąc przy tym obietnicą być może jeszcze bardziej obłędnego wnętrza. A tymczasem zonk... No ale Tadż Mahal postrzaga się jako całość. Jest on uważany za Symbol Miłości, wzniesiony ku czci zmarłej żony jednego z indyjskich cesarzy Szachdżachana. Legenda głosi, że po śmierci ukochanej był on tak zrozpaczony, że osiwiał w ciągu jednej nocy. Kompleks Tadż Mahal budowano przez dwadzieścia dwa lata i w jego wzniesienie zaangażowane było ponad dwadzieścia tysięcy robotników! Według niektórych źródeł po zakończeniu budowy cesarz miał rozkazać obcięcie wszystkim budowniczym kciuków, żeby nikt nigdy nie wzniósł równie pięknego dowodu miłości. Świątynia została stworzona z tysięcy ton białego niegdyś marmuru. (Dzisiaj wskutek zanieczyszczeń powietrza ściany nie są już śnieżnobiałe). Grobowiec ozdobiony jest niezliczonymi kamieniami szlachetnymi i półszlachetnymi sprowadzanymi z całego świata. Ten niebywały Pomnik Miłości został zbudowany przeogromnym nakładem środków i nakładu pracy ludzkiej. Nie jestem tylko pewna, czy tylko miłość do zmałej księżniczki była powodem zaangażnowania tak kosmicznych środków. A może poniekąd chodziło również o próżność, miłość własną i chęć zapisanie się jeszcze grubszą czcionką w historii? A może to tylko ja jestem taka obrzydwliwie nieromantyczna? Obchodzimy grobowiec (który podobnież jest jedynie "podpuchą", a ten właściwy znajduje się gdzieś w podziemiach) i wychodzimy ustępując miejsca kolenym turystom oczekującym swojego wejścia w kolejce. Przemieszczamy się do sąsiedniego meczetu i sesji zdjęciowej następuje ciag dalszy. Najchętniej rozbiłabym tu namiot i pobiwakowało co najmnije tydzień, co by nacieszyć oczy i nakarmić je pięknem, ale wskazówki zegara zdają się przyspieszać swój bieg i nim się oglądam musimy już opuszczać kompleks. Ech. Półtora kilometra od Taj Mahal znajduje się Czerwony Fort. Postanawiamy podreptać tam na nóżkach. Fort jak fort, ni to ładne, ni to brzydkie, takie raczej nijakie. Darujemy sobie zwiedzanie wnętrza. Pora wracać do Chandigarhu. Bo tak to jest, że po niedzieli zawsze przychodzi poniedziałek... Jak ja nie lubię poniedziałków! ;) Pierwsza fotka :)
sobota, 22 listopada 2008
Różowo mi! Jaipurowo mi! part 1
Wyobraźcie sobie, że jest sierpień, że jest upalnie i że Ola właśnie wygrzewa się gdzieś bardzo, bardzo daleko... Wiem wiem, ciężko idzie, mnie również. (Zwłaszcza po najnowszych doniesieniach z prasy, radia i telewizji o tym, jak to znowu zima zaskoczyła biednych drogowców. :) W dzisiejszym odcinku opowiem Wam o tym, jak to cztery niewiasty postanowiły odwiedzić radżańskiego Maharadżę... Będzie gorąco, będzie bogato i w końcu bardzo intensywnie! Gotowi? No to zaczynamy! Jest nas cztery - trzy Polki i Greczynka Anastazja. Cztery weekendowe turystki, które w podróży palcem po mapie zatrzymały się na Jaipurze. Plany wypadu snujemy już kilka dni, gdy nagle szef Anastazji oferuje się, że zupełnie za darmo udostępni nam luksusową taksówkę wraz z kierowcą (koszt podróży ma pokryć firma!). "Wow!" - pewnie sobie myślicie. No tak, była identyczna. Heh, ale czy to nie brzmi przypadkiem za pięknie? No właśnie... Otóż w dniu wyjazdu Anastazja oznajmia nam, że drugi szef na taki układ absolutnie nie idzie. Spokojnie - ostatecznie staje na tym, że za transport samochodowy zapłacimy dokładnie tyle, ile byśmy wyłożyły na dojazdy koleją. Propozycja ta jest mimo wszystko atrakcyjna, więc postanawiamy się skusić. [Co nie zmienia faktu, że po jednej akcji ze zmianą zdania możemy spodziewać się kolejnej i zaczynamy zastanawiać się jaki to rachunek dostaniemy po powrocie i trzaśnięciu drzwiami już w Chandigarze - kolesie są średnio słowni]. No ale do rzeczy. Czwartek, 14.08.2008 Wieczorem spotykamy się w wypasionej willi, w któej rezyduje Dora i Anastazji. Kilka godzin płytkiego drzemiania poprzedzonego babskimi plotami. Około 4 nad ranem słychać trąbienie. Ooo, już są. Pod bramą czeka na nas taksmena. Wow, uff, wow! (Wow - bo full wypas, uff - bo nie musimy tłuc się hinduską koleją). Jeszcze tylko ostatnie ustalenia pomiędzy szefem Anastazji, taksówkarzem i między nami i Panie i Panowię - w drogę! Iiiiihaaaa!Przed nami kilka godzin jazdy na skórzanych siedzeniach i w przyjemnym chłodku. Czarne niebo za szybą i klejące się oczy szybko zabierają nas w krainę snu. Jazda jest wyjątkowo wygodna (choć nie ukrywam, że w moim przypadku na długie dystanse w grę wchodzi tylko i wyłącznie kolej, a to ze względu na komfort rozłożenia nóg na "błękitnych pryczach" oraz dokuczliwą chorobę lokomocyjną). Po drodze mijamy rozgrzane piaski pustyni Thar - tak tak, to właśnie tutaj ujeżdżałam wielbłąda podczas pamiętnego Camel Safari. Wczesny rankiem docieramy do Jaipuru, który jest największym miastem i jednocześnie stolicą sąsiedniego stanu Radżastan Ajjjj! Być może niektórzy w Was wiedzą, że Jaipur to znane jest również jako 'Różowe Miasto" ( 'Pink City'). Choć za nieco infantylnym różem jakoś nie przepadam, to jaipurski odcień wyjątkowo przypada mi do gustu (hmm, określiłabym to brudnym różem, któy w przypadku Indii nabiera nowego, bardziej dosłownego znaczenia ;). Przydomek 'Pink City' zawdzięcza sobie bohater tej opowieści budowlom starego miasta, któe pokryte są czerwonawą glinką. A czemu właściwie taki kolor? Otóz różowy jest uznawany w Indiach za kolor gościnności. I właśnie dlatego maharadża Ram Singh w oczekiwaniu na wizytę księcia Walii nakazał pomalować wszystkie elewacje starego miasta na tenże właśnie kolor. Profesor 'Lonely Planet' mówi również, że Jaipur charakteryzuje się zdumiewająco regularną zabudową. Hmm, jako tymczasową rezydentkę Chandigarhu - miasta zaplanowanego totalnie od podstaw - takie uporządkowanie urbanistyczne niespecjalnie robi na mnie wrażenie. heh, jednak na tle urbanistycznych standardów (a właściwie koszmarków) w Indiach fakt ten jest naprawdę wart podkreślenia. Tak więc jedziemy tłocznymi ulicami miasta, a zza szyby dochodzi do nas "muzyka" (a właściwie kakofonia dżwięków) tętniącej życiem metropolii. Za oknem szybko migają różowawe elewacje przyulicznych budynków, wózki załadowane świeżymi owocami, zachodnie samochody wyprzedzające riksze, motocykle, turbany we wszystkich możliwych kolorach oraz wielbłądzie zaprzęgi. (o ile ja już na Camel Safari oswoiłam się z widokiem tych dwugarbnych zwierząt, o tyle dziewczyny wprost nie mogą odkleić nosów od szyby). Pierwszym celem, do którego się kierujemy jest dom przyjaciela szefa Anastazji. Syn jego załatwia nam nocleg u swojego znajomego, gdzieś na obrzeżach miasta. Dom jest całkiem okazały, wnętrza przestronne, a nasze sypialnie wcale przyzwoite. Po południu jedziemy coś przekąsić do centrum i jeszcze przed zapadnięciem zmierzchu znajdujemy się w swoich pokojach. Deficyt snu daje znać o sobie i szybko zasypaminy snem sprawiedliwego. Następny dzień zapowiada się bardzo intensywnie, bo mamy zaledwie jedną dobę, aby obskoczyć wszystkie najważniejsze atrakcje turystyczne. Już teraz mogę Wam zdradzić, że dzień ten będzie obfitował w bogate wrażenia i niezliczone fakty oraz ciekawostki! A czemu tak? A to wszystko za sprawą wynajętego przewodnika. Szczerze mówiąc początkowo prezentuje on raczej niepozornie, ale w miarę słuchania o cudach i skarbach Róóżwego mIasta rośnie w nas podziw dla jego erudycji oraz umiejętności barwnego opowiadania. Wstajemy wcześnie (no może nie z kurami, nie aż tak), bo nie ma ani chwili do stracenia - tym bardziej, że dzisiaj przypada święto brata i siostry. Przewodnik nasz narzuca zatem tempo zwiedzania, ponieważ po południu zamierza odwiedzić swoją siostrę. Tego dnia bracia obdarowują swoje siostry prezentami. W zamian dostają od nich czerwoną bhai tikę, która jest symbolem siostrzanej miłości. Dlatego też przewodnik nasz narzuca tempo zwiedzania. Pierwszy na do odhaczenia jest Pałac Wiatrów (Hawa Mahal). Miejsce to dla Jaipuru jest tym, czym dla Paryża Wieża Eiffel'a czy dla Waszawy PKiN. Jest to znak rozpoznawczy i najczęściej przewijający się motyw na pocztówkach, jedna z wielu architektoniczną perełek tutaj. Widok jest absolutnie bezcenny. (Za wszystkie pozostałe zapłacisz... ups, nie będziemy tu uprawiać kryptoreklamy). Pałac został wzniesiony z inicjatywy pewnego maharadży, aby damy dworu mogły niedostrzeżone obserwować życie toczące się na ulicach Jaipuru. Co ciekawe, ta jedna z najbardziej rozpoznawalnych budowli składa się praktycznie jedynie z fasady. (Heh, to tak jak niektóre dekoracje w hollywodzkich produkcjach).
Różowo mi! Jaipurowo mi! part 2
Następnie przedostajemy sie do kolejnego fantastycznego miejsca, do słynnego Obserwatorium Astronomicznego. Rewelacja absolutnie rewelacyjna w swojej rewelacyjności! Jest to olbrzymi i świetnie zachowany kompleks, składający się z kilkunastu obiektów astronomicznych.. Obserwatorium zostało zbudowane z inicjatywy ogromnego miłośnika astronomii, Sawai Jai Singha. Przewodnik nasz sypie jak z rękawa fachowymi terminami i zalewa nas skomplikowanymi sposobami dokonywania pomiarów astronomicznych. Czy to pora nie ta, czy kawa była za słaba, w każdym bądź razie zbyt wiele z tych zawiłych wyjaśnień niestety nie zapamiętałam. ;)
Różowo mi! Jaipurowo mi! part 3
Zza murów obserwatorium wyłania się Pałac Miejski należący do Maharadży (heh, tak właściwie to do niego należy większość miasta - jaka szkoda, że jest już trochę leciwy ;) Bilet wstępu jest stosunkowo drogi, ale bezpsprzecznie jest to trafiona inwestycja, inwestycja w fantastyczne wspomnienia! Miejsce olśniewa wszechobecnym przepychem i imponuje rozległym położeniem. Pałac Powitań, Sala Audiencji Prywatnych oraz Sala Audiencji Publicznych - możnaby tak wymieniać i wymieniać. Jednak najbardziej podoba mi się Pawi Dziedziniec, któy Maharadżę na pewno napełnia (pawią?) dumą. Prezentuje się on wprost bajecznie ze swoimi czterema wrotami - każde z nich symbolizujące kolejne pory roku. Heh, i właśnie tutaj nasza koleżanka Anastazja, niczym paparazzi, cyka serię zdjęć nie komu innemu, ale samemu Maharadży! Niestety, jadąc w wózku popychanym przez służącego, przemyka on zbyt szybko między kolumnami pod ścianami dziedzińca. Ale pech chciał, że na wszystkich zdjęciach Maharadża znajduję się akurat za kolumną, albo ledwie widać jego nogi wyłaniające się zza rzeczonych kolumn. No cóż. :)
Różowo mi! Jaipurowo mi! part 4
Z pewnym żalem, ale nasyciwszy oczy bogactwem wnętrz pałacu opuszczamy siedzibę Maharadży i przemieszczamy się za miasto do położonej na wzgórzu Świątyni Małp. W przeciwieństwie do tych Shimlańskich (ale tym później), małpy tutaj są dobrze wychowane, kulturalne i pełne ogłady (no może przesadziłam, ale przynajmniej nie podpieprzają Coli z plecaka czy okularów z nosa). Małpki oswojone, ale pysznymi fistaszkami tudzież bananami nie pogardzą. Świątynia, a właściwie cały kompleks świątynny monumentalny i budzący respekt. Zresztą co ja się będę rozpisywać o tym pięknie, zdjęcia po stokroć lepiej to oddadzą. Różowo mi! Jaipurowo mi! part 5
Jako że naszemu przewodnikowi spieszno do swojej siostry, więc Fort Amber jest ostatnim punktem w naszej przygodzie z Jaipurem. Jest on położony w odległości kilkunastu kilometrów od Jaipuru. (Jak dobrze mieć do dyspozycji własną taksmenę i nie musieć targowac się z lokalnymi rikszarzami - a lekko by nie było, bo jaipurscy są podobno wyjątkowo nieustępliwi, a miasto samo w sobie należy do jednych z najdroższych). W drodze do fortu naz przewodnik już wprowadza nas w klimat miejsca opowidając historię tego kompleksu budowli obronnych i pałacowych. Architekktura momentami zapierająca dech w piersiach, a wnętrza przyprawiające o delikatny zarót głowy. (Ach, takim Maharadżą być i sobie w takim Forcie żyć)Z ciekawostek dorzucę jeszcze , że ten pałac-forteca był niegdyś stolicą Radżastanu. W międzyczasie rzucamy się w wir zakupowego szaleństwa (któy okaże sie później przyczyną niezłych perypetii...) W drodze powrotnej zatrzymujemy się, że cyknąc sobie kilka fotek na tle Pałacu na Wodzie. Jeszcze w taksówce dokonujemy podliczeń i... i miny nam rzedną... Ale o tym dopiero w następnym odcinku
środa, 19 listopada 2008
A kuku!
Heh, no i nadeszła wielkopomna chwila - obiecywana już od ... zaraz zaraz.. ojej, od trzech miesiący?! Nie... aż tyle czasu minęło od mojego ostatniego sprawozdania? Nie może być! chyna musiałam wpaść do jakiegoś tunelu czasoprzestrzennego! [Ola oblewa się teraz purpurą migającego neonu klubu nocnego na Manhattanie]. Otóż ogłaszam wszem i wobec, iż akcję blog-reaktywację uważam za uroczyście rozpoczętą! Famfary, oklaski, trzy rzędy tancerek Kankana, orkiestra dęta... Ups, chyba się zagalopowałam ;) No więc... Oooo nieeeeee! Nie, nie, nieeeee! Nie wierzę... O ironio! W momencie, kiedy postanowiam w końcu zasiąść do produkowania literek, kiedy po długich walkach ze sobą kiedy właśnie już otwieraam dokumentu tekstowy, wtedy.... I wtedy... I wtedy co słyszę?! Na zwykle cichym korytarzu akademika nagle mnoży się grupa żaków, którzy odczuwają nagłą potrzebę komunikacji werbalnej! O ironio! Aaa, liczba rozmówców rośnie w tempie geometrycznym! Pączkujące kółko dyskusyjne! Do jasnej anielki i wszystkich osłów z Wiejskiej! Ale zaraz zaraz... czy mi się wydaje...? Nie! Nocna narada, okazało się bez interwencji Cieciury Oli, sama rozchodzi się po pokojach. Uff, no - Ordnung muss sein! (dramatyzm sytuacje podrasowany celowo, co by przypadkiem komuś nie przyszło do głowy, że autorce nie chce się w końcu zabrać za robotę właściwą. ekhm.] Mogę wreszcie w ciszy uczesać myśli nieuczasane, myśli poczochrane i długim dniem skotłowane (taaa, miejscami przypominają zalążki dredów - o ile cały ten post nie jest jednym wielkim dredem - ogonem bobra) No tak, i znowu okazuje się, że cisza to pojęcie mocno względne. Bo nie jestem pewna czy sumę szumów z mojego HaPeka, spuszczanej wody w WuCecie naprzeciw, stukania obcasów nad czerepem moim oraz echa rozmów z odległych korytarzy faktycznie mogę nazwać ciszą. Heh, złośliwi powiedzieliby: "Złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy". Ale Wy, moi Drodzy, złwośliwi nie jesteście i tak sobie tylko w duchu pomyśleliście. Nie oszukujmy się, rzekomo rozpraszające dźwięki wokół to baaaardzo marna wymówka kiepskiej blogerki. Żeby nie było, że jedynie samochłostę tutaj uprawiam, więc na swoje wątpliwe usprawiedliwienie spieszę dodać, że prowadzenie bloga w ciągu tych trzech miesięcy zdaje się wyszło mi z wprawy. (W komentarzach mile widziane gorące słowa sprzeciwu, protesty z co najmniej trzema wykrzyknikami, gorące zapewnienia o szczytowej formie blogowej) Co więcej, nie bardzo wiem od czego zacząć. Żelazna logika (nawet mi) podpowiada, że może by tak od miejsca, w którym skończyłam. Heh, i tutaj właśnie leży pies pogrzebany. Otóż tak naprawdę blog mój urwał się w miejscach dwóch. Pierwszy raz w okolicach sierpnia (mea culpa, mea culpa), a drugi raz miesiąc temu. No i tak trochę teraz nie wypada z października wsiadać od razu do wehikułu czasu i wskazówek od razu do sierpnia cofać. Bo to trochę tak jak z tym słoniem, który ma trąbę właśnie po to, żeby się tak gwałtownie nie zaczynał. ;) Dlatego też postanowiłam pozwolić sobie na nieco przydługi wstęp oraz, a teraz chciałabym nawiązać krótko do obecnej sytuacji. (Między innymi po to, aby zaoszczędzić Wam, moi Drodzy Czytelnicy, swego rodzaju blogowego jet-lagu po zmianie "strefy czasowej" z listopada na sierpień.) Otóż Ci z was, którzy uważnie śledzili bloga dobrze wiedzą, że w produkuję się terazoto za naszą zachodnią granicą. To już miesiąc z okładem od kiedy moja noga postąpiła na niemieckiej ziemi. Nie będę się tutaj rozpisywać o tym, co się w tym czasie zdarzyło, co się nie wydarzyło, a się co się zdarzyć mogło, ale z przyczyn mniej lub bardziej obiektywnych do skutku nie doszło (czyli np. rzecz o tym dlaczego Sztudentin Ola na wykład ze Steuern nie doszła i dlaczego to był kac?). Nie to miejsce, nie ten czas. Zainteresowanych niestety nie mam jeszcze gdzie odesłać, ale potencjalny adres zapisu ostatnich tygodni to raczej www.zimowe-wakacje-w-szwabskim-wypizdówku.blox.pl. Chcę nadmienić jeszcze tylko, że choć Erazmus w Saarbruecken to sprawa całkiem fajna, to z monsunowymi wakacjami w Indiach nijak równać się nie może! Nie ta strefa klimatyczna! Nie te zapachy! Nie te kolory! Nie Ci ludzie! No i w końcu: NIE TA KATEGORIA !;) Oooooookiej, dość już tych "bla bla bla" dywagacji (czyli króka lekcja o tym: jak napisać, żeby nie napisać nic), zabieram się teraz do mozolnej rekonstrucji przebiegu wydarzeń i sekwencji hinduskich wrażeń... A to zapewne chwil parę(naście?!) potrwa, bo jak mój instruktor jazdy zwykł mawiać: "Ola pamięć ma dobrą, ale krótką" :) Jednak tego mało treściwego posta mimo wszystko uważam za krok milowy w próbie podjęcia reaktywacji bloga. Aha, żeby nie było, że zostawiam Was z pustymi rękami. NEWS! Sasasa, specjalnie wyczekałam do końca ;) Otóż na stronie www.facebook.com, na moim profilu (w wyszukiwarce wpisać należy "Ola Wieckowska") wrzuciłam maaaaassssę zdjęć z Indii. Zainteresowanych zapraszam do oglądania kilkunastu galerii. Enjoy! ;) Tschüss!
poniedziałek, 13 października 2008
India is OVER! It feels like hangover...
No i jestem, no i wróciłam... Już na lotnisku w Delhi dopada mnie choroba poindyjska, pragnienie jak najszybszego powrotu. Pod czaszką natomiast układa się kolaż ułożony z biliona "mało istotnych szczegółów i nieruchomych obrazów" minionych trzech miesięcy. Każda chwila tutaj zostaje na zawsze "wytatuowana na skórze" mojej pamięci. Po lądowaniu na Okęciu znowu przeżywam kolejny szok kulturowy i (paradoksalnie) zaczynam oswajanie własnej ojczyzny (sic!). Polska jest jednak jedynie krótką stacją tranzytową w drodze do Niemiec. Może to i dobrze - wizyta w Kraju Franfurterek i Oktoberfesta bezpośrednio po pobycie w Kraju Ciapati i Lassi mogłaby być szokiem dla mnie wręcz zabójczym. [Konrast Trzeci Świat a Europa Zachodnia oślepia jaskrawością i oszałamia w stopniu podobnym do wizyty w szpitalu psychiatrycznym z "Lotu nad kukułczym gniazdem" ;-] Tymczasem będąc ciałem w Polsce, duchem w Indiach, wyprawiam się do Niemiec. I znowu pakowanie, i znowu pożegnania, i znowu wszystko na wariackich papierach! ;-) CRAZY, BUT THAT'S HOW IT GOES! [czyli Ozzy Osbourne ma nową współpasażerkę w swoim "Crazy train" ;] Tak więc moi Drodzy, ogarnę się u naszych zachodnich sąsiadów i w końcu przysiądę, żeby projekt "Indie 2008" domknąć również w świecie wirtualnym...
poniedziałek, 29 września 2008
Doskonale znika czas!
Ooooo tak, doskonale, choć w tle słychać już pierwsze takty "mruczanki o końcu świata" i robi się tak bardzo ostatecznie... Tak, to już niemal schyłek mojej przygody z krajem kontrastów, absurdów i cudów jednocześnie. Już jutro ruszamy do stolicy kina Bollywood - Bombaju, a następnie przemieszczamy się do celu właścicwego, czyli na rajskie plaże stanu Goa. GO-what? GO-A! Go-where? GO-A!
Do Chandigarhu wrcamy 9 lub 10 października.
|
O autorze
|